sobota, 5 lipca 2014

Źródło moralności

Nie mam dziś powodów do Wkurwu! I bardzo się z tego powodu cieszę. Z tej okazji chciałbym poruszyć temat, który chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu.

Skąd się bierze moralność i czym jest? Jak to jest, że jesteśmy w gruncie rzeczy dobrymi ludźmi. Bo uważam, że tak jest, tylko zapomnieliśmy, żeby kierować się własnymi odczuciami nie nakazami religijnych oszołomów lub głupim, odczłowieczonym prawom i tradycjom. Ale po kolei…

Prawo, ideologia i religia


Czy możemy uznać, że prawo stanowione jest źródłem naszej moralności? Moim zdaniem nie. Prawo nie jest źródłem, jest, co najwyżej wynikającym z naszej moralności strażnikiem. Prawo może odzwierciedlać w pewnych kwestiach naszą moralność, lecz w większości spraw nie wchodzi aż tak głęboko w samo zjawisko. Jest narzędziem egzekwowania umów społecznych, nie wyznacznikiem osobistej moralności.

Co zatem ma dostęp do naszych osobistych pokładów moralnych w takim stopniu, że może je kształtować?

W pewnym stopniu będzie to ideologia. Przyjmując ideologię, jako swoją, zgadzamy się na akceptację pewnych pojęć i ich definicje. Czy jednak ideologia mówi nam, co jest dobre i złe na poziomie jednostkowym, osobistym? Niestety, ale nie. Ideologie mówią, co jest dobre dla większej liczby ludzi i nie robi tego badając wypadkową moralności pojedynczych ludzi. Ideologia zakłada, że znajdą się ludzie ją wyznający i ja podtrzymują, bo ich własna moralność będzie zbliżona, podobna do założeń ideologicznych. Dlatego pełne „wejście” ideologię wymaga już ukształtowanego poczucia moralności i pójścia na pewien kompromis w ramach systemu ideologicznego. Zatem ideologia nie kształtuje naszej moralności.

Może religia?

Religia jest formą ideologii opartej na wierze w bóstwo lub bóstwa i sięgającą głębiej niż klasyczna ideologia. Religia sięga po nas wcześnie i zapuszcza macki głębiej. Zatem religia może nas kształtować, mieć wpływ na nasze wychowanie. Ale czy definiuje naszą moralność? Nie do końca. Religia i wiara mogą nam pomóc uwrażliwić się na odczytywanie moralności z naszego wnętrza i czasem to właśnie, niektóre z nich robią. Częściej jednak religie warunkują nas w ramach narzuconych szablonów, zakazów i podobnie jak ideologie – definicji. Religii nie interesuje, co Ty osobiście uważasz za dobre lub złe – oni są od tego, żeby Ci powiedzieć wszystko na ten temat. A że prawie każda religia ma swoje polityczne cele i potrzeby, nie jest to wynik debaty czy kompromisu, ale mechanizmu, który ma służyć partykularnym celom tej instytucji. Religia nie jest źródłem moralności.

Co nim, zatem jest?


„JA”


Każdy z nas robi codziennie wszystko, żeby poczuć się dobrze. Mamy wbudowaną potrzebę szczęścia. I nie mówię tutaj o zwykłym zadowoleniu z posiadania rzeczy lub chwilowym uniesieniem spowodowanym jedną, konkretną czynnością lub używką. To nie jest szczęście. Szczęście jest bardziej złożone i o ile jest odczuwane osobniczo, to możemy wskazać przynajmniej kilka ogólnych cech, które je wywołują.

Przede wszystkim szczęście określiłbym, jako stan ciągły. Nie chwilowy wybuch dobrego samopoczucia, ale trwające znaczny czas poczucie radości, spełnienia i miłości. Bo miłość jest tutaj kluczem.

Poczucie bycia kochanym i kochanie innej osoby lub osób. Jak można zdefiniować miłość na potrzeby tej dyskusji? Według mnie, miłość to bezwarunkowa gotowość do poświęcenia własnych zasobów do poprawienia lub zapewnienia bezpieczeństwa i dobrego samopoczucia innej osoby. Takie wydatki sprawiają, że czujemy się dobrze, nie uznajemy ich za stratę, ani nie szukamy zwrotów inwestycyjnych. Wtedy mówimy o miłości.

Drugim czynnikiem prowadzącym do szczęścia jest możliwość ekspresji i świadomość akceptacji wyników tej ekspresji w najbliższym otoczeniu. Jeśli to, kim jesteśmy zostaje w pełni wyrażone i zaakceptowane przez najbliższe otoczenie to czujemy się szczęśliwi, a przynajmniej poważnie zbliżamy się do tego stanu.

Do tego, żeby dojść od szczęścia do moralności musimy spojrzeć jeszcze na jeden fakt. Każdemu człowiekowi sprawia przyjemność powodowanie u innych dobrego nastroju. Możemy dyskutować, co to dokładnie oznacza całymi godzinami, ale jeśli spojrzymy na nasze codzienne działania, to najwięcej radości sprawia nam po wprowadzanie różnych pozytywnych zmian u innych ludzi. Nawet, jeśli są one chwilowe, to przekładają się one na naszą radość w zupełnie niewspółmierny sposób. Prosty przykład to pomoc komuś obcemu na ulicy. Podziękowania i uśmiech tej osoby, nawet najbardziej zdegenerowanego z pozoru osobnika wprowadza w dobre samopoczucie. I jest to samopoczucie na tyle unikalne, że próba wywołania go innymi metodami, nie zdaje egzaminu. Możemy oczywiści wskazać na socjopatów lub psychopatów, którzy czerpią podobny poziom radości z wyrządzania krzywd innym osobom, ale czy naprawdę jest to to samo uczucie? Tego nie wiemy, bo nie znamy jeszcze wszystkich mechanizmów, a w kwestii naukowego badania naszej emocjonalności dopiero raczkujemy.


Jeśli weźmiemy te dwa czynniki, miłość i akceptację osobistej ekspresji, jako główne składniki prowadzące do szczęścia, to w moim odczuciu możemy już zarysować skąd się bierze w nas poczucie tego, co dobre i tego, co złe.

Wprawianie innych, czasem obcych ludzi w dobry nastrój sprawia nam radość, zapewnianie osobom, które kochamy bezpieczeństwa i potrzeba akceptacji w społeczności prowadzą do szczęścia. Szczęście jest celem większości ludzi.


Jeśli teraz zrobimy krok w tył, żeby przyjrzeć się większemu obrazowi całej sytuacji to widzimy, że żaden z czynników wpływających na nasze szczęście nie może być związany z przemocą, kłamstwem lub krzywdą innych osób.

Przemoc i idąca za nią krzywda innych osób eliminuje pozytywna zmianę u innych ludzi, zagraża bezpieczeństwu i w szerokim ujęciu – nie jest akceptowalna społecznie, jako ekspresja. Kłamstwo prowadzi do krótkotrwałych zysków, które w perspektywie czasu oznaczają odrzucenie i brak akceptacji.

Zatem, według mnie, możemy powiedzieć, że moralność jest wynikiem naturalnego dążenia człowieka do szczęścia, rozumianego, jako stan miłości i akceptacji.

Relatywizm?


Czy możemy w ogóle brać w przypadku moralności relatywizm, czyli kwestie odniesienia moralności i działań z nią związanych z osobistym „punktem widzenia” człowieka. Myślę, że w pewnym zakresie tak, bo nie ujmiemy wszystkich ludzi jedna miarką. Problem pojawia się, gdy próbujemy relatywizować naukowe podeście do moralności. Czyli etykę.

Etyka nie może być relatywna, bo wtedy nie jest naukowa. Jeśli prowadzimy badania nad ludzką moralnością, musimy porzucić religijne, kulturowe i ideologiczne „punkty siedzenia”. Relatywizm jest zabójcą obiektywizmu, do którego maksymalizacji powinna prowadzić nauka. W tym ujęciu nie możemy być mowy o etyce religijnej czy kulturowej, bo to czyste bzdury i próby wpisania naukowego, obiektywnego paradygmatu w coś, co nigdy nie było i nie będzie obiektywne.


Nasuwa mi się jeszcze jedna refleksja, na koniec. Jeśli uznamy, że definicja moralności, która utworzyłem jest poprawna (lub dość bliska rzeczywistości), to każda ideologia, religia lub inna instytucja próbująca pokazać palcem – „to jest dobre – to jest złe” zabija i hamuje nasz naturalny zmysł moralny. W skrajnych przypadkach prowadzi do jego zawieszenia, przedefiniowania i całkowitej degeneracji.

Bo zastanówmy się przez chwilę. Czy dbanie o bezpieczeństwo i dobre samopoczucie najbliższych Ci osób, oraz dążenie do sprawiania radości innym, gdyby dotyczyło wszystkich ludzi, to czy mielibyśmy wojny, religijne pogromy i inne spowodowane przez ludzi tragedie? Nie sądzę.

Dlatego uważam, ze trzeba wyraźnie i mocno podkreślać i tłumaczyć ludziom, ze żadna ideologia czy religia nie jest źródłem moralności.

I jak mawia klasyk – Jeśli potrzebujesz Boga lub religii, żeby odróżnić dobro od zła, to brakuje Ci empatii i altruizmu, nie więcej wiary i modłów.

Oczywiście to moje osobiste dociekania i raczej potraktujcie to, jako postawienie pytania niż oznajmienie prawdy. Możecie na to patrzeć inaczej i chętnie o tym pogadam J


Amen!