sobota, 22 lutego 2014

"Nieoznaczony" - PROLOG


"Kiedy religia i polityka jadą na tym samym wozie, ci, co powożą,
wierzą, że nic nie może im stanąć na drodze.
Zaczynają pędzić na łeb na szyję... i nie pamiętają,
że pędzącemu na oślep człowiekowi ukazuje się przepaść, kiedy już jest za późno."
Frank Herbert


Szkarłatne kotary na ścianach sali zlewały się w jedność z plamami krwi pokrywającymi podłogę. Kapłan siedzący na końcu stołu zdawał się medytować, nieświadomy otaczającej go masakry. Wiedział jednak doskonale, co się dzieje. Sam do tego doprowadził. Chciał tego. Wiedział także, że niedługo sam umrze.
- Wiecie, co zostało do zrobienia - trzej zakonnicy obrócili się w jego stronę - Żeby dzieło mogło zostać ukończone, wszystko, co stare musi zginąć.
Kapłani spojrzeli po sobie i powoli zaczęli się zbliżać do starca
- Byłem Hierarchą Konwentu bardzo długo. Jeżeli nasz kościół ma rosnąć, kwitnąć, to należy go oczyścić, wyciąć stare korzenie i pozwolić mu zapuścić nowe.
Uzbrojeni w miecze zakonnicy stanęli nad starcem. Mieli już dość zabijania, ale wiedzieli, że muszą to zrobić. Złożyli przysięgę posłuszeństwa.
- Moja śmierć będzie początkiem nowego, złotego okresu dla naszej wiary i dla potęgi kościoła w tym zapomnianym przez Bogów wszechświecie. Z radością składam siebie w ofierze tej nowej przyszłości.
Trzy miecze jednocześnie przebiły ciało Hierarchy. Kapłani poczuli przepływającą na nich energię kapłana. Powoli wyciągnęli miecze z jego ciała. Podtrzymali jego zwłoki, by następnie przenieść je na skraj okna wybiegającego na dziedziniec świątynny. Gdy ciało najwyższego kapłana wylądowało na stercie innych ciał, Konwent symbolicznie wszedł w nową erę.

***

Wśród dzieciaków w Sali Wiedzy widać było podenerwowanie oraz zniecierpliwienie. Nauczycielka musiała jeszcze ich zająć przez kwadrans.
- Dobra, mamy jeszcze chwilę, więc zrobimy szybkie podsumowanie tego, czego się nauczyliście. Im sprawniej będziecie odpowiadali na moje pytania, tym szybciej polecicie do Sali Treningowej.
To zwróciło uwagę wszystkich zgromadzonych.
- Pytanie pierwsze: Ile i jakie specyficzne klasy polityczne i społeczne znamy?
- Cztery! - wyrwał się chłopiec z pierwszego rzędu - Konwent, inaczej Kościół, Gildię Handlową, Kratan i Nieoznaczonych.
- Bardzo dobrze. Kto szybko opisze Konwent? Tylko proszę się zgłaszać, nie krzyczymy jedno przez drugie.
Pojawiło się kilka rąk w górze. Nauczycielka wskazała dziewczynkę w głębi sali
- Konwent składa się z trzech instytucji. Jest Kościół, który zarządza całym Konwentem poprzez Radę z Hierarchą na czele. Następnym jest Regulatorium. W Regulatorium pracują mnisi, którzy pilnują przestrzegania doktryny, prowadza badania naukowe i religijne. Ostatnim jest Zakon, zbrojne ramię Konwentu. Należą do niego najznakomitsi wojownicy, którzy bronią nie tylko samego Konwentu, ale także wymierzają kary za złamanie dogmatów lub naruszenie paktów i umów między Kościołem a innymi instytucjami. Czasem kary zamieniają się w Krucjatę, gdy sprawa dotyczy dużych organizacji, takich jak Planeta czy Federacja.
-Bardzo dobrze! Ktoś chętny do opisania Handlowców? Proszę, Ty?
- Gildia Handlowa to ponad federacyjne stowarzyszenie kupców, przewoźników i ludzi szeroko rozumianego biznesu. Kontrolują oni przepływy ludzi i towarów między Federacjami, Planetami. Mają w ręku opłaty celne i kontrolują ich wysokości. Ich działy naukowe mają ścisłe kontakty z Regulatorium Konwentu i dokonują ciągłych wymian odkryć naukowych w zamian za przywileje. Rządy Federacyjne i Planetarne niechętnie się do tego przyznają, ale to Konwent z Gildią rządzą znanym nam wszechświatem. Gildia nie posiada swojego zbrojnego ramienia. Najczęściej posługują się...
- Dobrze, to wystarczy, ktoś inny nam opowie o tym.
- Nieoznaczeni to najsprawniejsi i najbardziej niebezpieczni wojownicy – zaczął kolejny z chłopców - Pracują na zlecenie każdego, kogo stać na ich wynajęcie. Nie wiadomo jak wyglądają na co dzień i czym się zajmują. Mają zdolność do maskowania swoich twarzy i zawsze tak pracują. Najczęściej wynajmowani są przez Gildię Handlową, ale zdarzają się przypadki, gdy rządy lub Konwent korzystają z ich usług. Mają swój niepisany kodeks i zawsze zabierają broń przejętego przeciwnika. Podobno są nieśmiertelni i niezniszczalni. Wszyscy się boją, że gdyby Nieoznaczeni się zjednoczyli, to mogliby zniszczyć cały świat...
- Poza ostatnimi dwoma zdaniami, które są raczej bajkami, bardzo dobrze. Teraz Kratanie. Kto to taki?
- Kratanie to wyrzutki - wystrzelił ciemnoskóry chłopiec siedzący bardzo blisko nauczycielki
- Dobrze, a coś więcej - zagaiła nauczycielka
- Kratanie zostali wypędzeni ze społeczności za pozbawianie życia bez przejęcia. Oczywiście, jeśli to przeżyli. Nie wolno pozbawiać nikogo energii życiowej nie przejmując jej od niego bez konsekwencji. Jeśli konsekwencje nie spadają na sprawcę, to najczęściej dochodzi do tragedii i dziesiątki lub setki ludzi traci życie. Dlatego Kratanie są wypędzani i nieakceptowani w społecznościach. Nikt nie wie czy się organizują, mają swoją planetę czy też po prostu są pustelnikami. Nie rozmawia się o nich. Każdy wojownik ma obowiązek przejąć, zabić Kratana, jeśli natknie się na niego po banicji. Nie ma wyjątków.
- Za chwilę Was zwolnię do Sali Treningowej. Przypominam jednocześnie, że za sześć dni czeka was egzamin. Jeśli go nie zaliczycie nie przystąpicie do ceremonii nadawania imienia aż do następnego zamknięcia roku. Dlatego proszę o dokładne przygotowanie się do testu. Teraz możecie wziąć swoją broń i udać się pod opiekę trenera.
Ogólny wrzask i wrzawa zagłuszyły wszelkie pytania. O ile się jakiekolwiek pojawiły.

***

Tłum na dziedzińcu świątyni wiwatował. To była szczera radość. Wynikała ona nie z tego, że w końcu wybrano kolejnego Hierarchę. Cała społeczność cieszyła się, że Zakon i Regulatorium przestają rządzić Konwentem. To wynikało z tradycji. Gdy ponad 600 lat wcześniej kapłani z Rady przejęli Hierarchę i jego zwłoki wyrzucili na ten dziedziniec, zawsze, gdy umierał Hierarcha władzę przejmowali mnisi Regulatorium i rycerze Zakonu. Nie są to szczęśliwe dla wspólnoty okresy.
Nowy Hierarcha stał na balkonie Sali Rady i chłonął radość współbraci. Wiedział, że jest wyjątkowo młody jak na to stanowisko. Wiedział także, że radość nie wynika z tego, że wszyscy popierają jego wybór. Czekały go ciężkie czasy, ale dla całego Konwentu oznaczało to stabilizację wewnętrzna. Tak bardzo potrzebną.
- Widzę, że napawasz się swoją władzą. I dobrze.  – Hierarcha nie usłyszał jak właściciel tego głosu wszedł do Sali Rady – Bo jak wszystko się ułoży tak jak tego chcemy, to długo będziesz siedział na tym miejscu.
Hierarcha odwrócił się i spojrzał prosto w oczy wielkiego mężczyzny. Był to Generał Zakonu Garnes. Postać nietuzinkowa i bardzo groźna. Zmodyfikowany zarówno genetycznie jak i posiadający liczne implanty poprawiające jego zdolności bojowe. Teraz już nie potrzebne, ale to one umożliwiły mu wspięcie się na sam szczyt.
- Zakończmy już tę celebrę. Musimy przejść do rzeczy.
Dopiero teraz Hierarcha zobaczył za jego plecami Opata Regulatorium Klaata. Wysoki, ale niższy od Generała, z rozbieganymi oczami i bardzo przebiegłym umysłem. Był przeciwnikiem równie groźnym jak główny rycerz Zakonu. Tylko, że na trochę innym poziomie.
- Witam Generale, Opacie – Hierarcha ukłonił się – Co, oprócz chęci pogratulowania mi objęcia stanowiska sprowadza Was do mnie?
- Pfff! – Opat nie kryła tego jak bardzo pogardza całą estymą i dyplomacją – Duren, wiesz dobrze, że w dupie mamy Twoje dyplomatyczne i ceremonialne zabiegi. Musimy załatwić kilka spraw, więc przestań świrować.
Gernes wybuchnął śmiechem..
- Klaat, pogratuluj nowemu hierarsze i przestań się denerwować, bo Ci żyłka pójdzie – generał podszedł kilka kroków do Hierarchy – Wygoń tych wszystkich przydupasów, to, co musimy omówić musi zostać tylko w naszym gronie.
Duren kiwnął głowa do straży ceremonialnej i sekretarzy. W kilka sekund zostali sami w pomieszczeniu.
- Dobra. Co takiego ważnego się pojawiło, że nawet nie dacie mi na chwile posadzić dupy po dwóch tygodniach politycznej walki o ten stołek?
Klaat wyciągnął spod habitu gęsto zapisany dokument i podał go Garnesowi.
- Wiesz o naszej umowie z Gildią. Otóż, jeśli dochodzi do kolonizacji jakiejkolwiek nowej planety, mamy zagwarantowane wejście razem z pierwszymi kolonistami. W zamian dzielimy się z nimi informacjami wywiadowczymi i tym, co w kwestii nauki i technologii odkryją gryzipiórki Regulatorium. Plus oczywiście różne przywileje celne, nieoficjalne drogi przerzutu dóbr i osobiste zyski obu stron. Zwłaszcza na wysokich szczeblach.
- Taaak…wiem o tym. Co ma mi udowodnić albo pokazać ten wykład? – Duren dobrze wiedział, do czego prowadzi ta rozmowa. Wiedział, co będzie musiał zrobić, żeby zachować status quo. Chciał jednak, żeby to oni go oto poprosili.
- Dwanaście lat temu Gilida natknęła się na planetę zdolną do potrzymania życia. Była częściowo zasiedlona przez Kratan. Handlarze oczyścili glob z tego ścierwa i wprowadzili swoich kolonistów.
- Coś nie tak z ewangelizacą? Bo nie łapię…
- Kurwa, z jaką ewangelizacją – Klaat nie wytrzymał – nas tam w ogóle nie ma! Od pięciu lat dostajemy raporty o wymianie handlowej, migracjach ludności i potyczkach politycznych związanych z tą kolonią. Zostaliśmy całkowicie odcięci!
- Czyli Gilida złamała umowę. Wystąpimy z notą dyplomatyczną…
- Gówno nie nota – widać było, że Opat zaraz wybuchnie. Garnes z uśmiechem obserwował obu mężczyzn – potrzebujemy krucjaty i to natychmiast. Nie możemy się PROSIĆ o wstęp na tę planetę. Musimy wystąpić z pozycji siły i postawić ultimatum – albo pełen dostęp i miejsca w radzie planetarnej albo krucjata. Nic tak nie przemawia do Gildii jak kilka tysięcy niepłacących trupów na szali…
Hierarcha odwrócił się od obu mężczyzn i powoli zaczął iść w kierunku swojego gabinetu.
- Garnes, powiedz Opatowi, żeby się uspokoił i jak purpura zejdzie z jego ryja to wejdźcie do gabinetu. Porozmawiamy jak na ojców kościoła przystało.
Klaat wyszarpnął zza pazuchy okutą pałkę, ale Generał przytrzymał jego rękę i mrugnął do niego. Opat się uspokoił. Wiedzieli, że dostaną to, czego chcą…

***

Uczniowie rozsypali się po sali treningowej. Każdy chciał mieć jak najlepsze miejsce żeby obserwować Mistrza. Dertu był Malarzem pierwszego stopnia. Jego kariera się skończyła, gdy w potyczce z Kratanem stracił prawą stopę. Miał problemy z równowagą i poświęcił się nauczaniu innych tego, co sam umiał.
- Dobra bękarty! Dziś ostatni trening przed egzaminem. Dlatego, mimo iż tego nie znoszę, muszę Wam wszystkim przypomnieć, dlaczego walka i broń jest ważna. Dlaczego musicie umieć się nią posłużyć i wszystkie inne rzeczy teoretyczne, które uważam za nudne…ALE ważne!
Każdy z Was w dniu narodzin otrzymał w podarunku od swoich rodziców sztabkę żywego metalu. To morphonium. Tak go nazwały tęgie głowy. Nazw potocznych są setki i każdy ma swoją. To jest jednak najmniej istotne. Ten metal nie poddaje się żadnej obróbce termicznej, siłowej czy chemicznej. Nawet nie próbujcie. Jest najtwardszym i najmocniejszym metalem w znanym wszechświecie. Jak zatem powstaje z niego broń? To proste. Wy go kształtujecie. Swoimi osobowościami, działaniem, treningiem i wolą. Swoją energią napędzacie proces kształtowania, który się rozpocznie, gdy otrzymacie tożsamość. Czyli nadane Wam zostaną imiona.
Wasza broń odzwierciedla Wasze życiowe postawy i wybory. Patrząc na broń przeciwnika możecie się o nim wiele dowiedzieć i to będzie jedna z pierwszych rzeczy, jakiej się nauczycie na kolejnym etapie Waszej edukacji.
Jest znanych kilku, żyjących Malarzy morphonium. Malarz osiąga ze swoim żywym metalem taki poziom symbiozy, w którym metal może dynamicznie reagować na bieżące potrzeby wojownika. W pierwszych poziomach może to polegać wyłącznie na tym, że broń się ukrywa pod ubraniem czy zbroją i na mentalny sygnał Malarza pojawi się w jego dłoni w zdefiniowanej formie. Na poziomie mistrzowskim, morphonium może reagować w czasie walki na zagrożenia, zamieniać się w formę pancerza na atakowanych częściach ciała i przybierać kształt dowolny, jaki tylko pojawi się w głowie jego właściciela. Tyle, jeśli chodzi o podstawy i cel w zakresie Waszej broni. -
Dertu zrobił wykrok i w jego dłoni pojawił się długi na półtora metra miecz z lśniącego morphonium. Mimo, że uczniowie widzieli to już kilkukrotnie, zawsze ich to zachwycało i przez salę przeszedł szmer.
- Teraz przejdziemy do szybkiego podsumowania sedna całej sprawy i tego, dlaczego musicie się uczyć jak posługiwać się bronią.
Każdy z nas, poza tym, że jest zbudowany z materii, ma w sobie bardzo duży pokład energii. Ta energia zawiera wszystko, co powoduje, że Ty to Ty. Twoją wiedzę, doświadczenie i cały ten śmietnik, który zbierasz podczas życia. Gdy umierasz w sposób naturalny, Twoja energia swobodnie i bezboleśnie rozprasza się w otoczeniu wchodząc, jako spoiwo w kolejny cykl życiowy. Jednak, gdy zginiesz gwałtownie, wtedy pojawia się problem. Energia po prostu eksploduje i gdy nie zostanie skanalizowana, może spowodować nie tylko zniszczenia, ale nawet reakcję łańcuchową zabijając setki lub tysiące ludzi w ciągu ułamka sekundy. Jedyną substancją pozwalającą na skanalizowanie tej energii to właśnie morphonium. Dlatego nie wolno zabijać nikogo w inny sposób niż za pomocą broni z żywego metalu. I chyba jasne jest, że jeśli kanał nie ma drugiej strony to po prostu rozerwie metal…tak, Wasza energia życiowa może rozłupać Wasze sztabki czy broń. Dlatego ważne jest, żeby przy zabijaniu przeciwnika trzymać swoją broń w ręku. Wtedy nie zabijasz. Wtedy przejmujesz. To, czego sam metal nie byłby w stanie przyjąć i przechować, człowiek może wchłonąć wielokrotnie i skorzystać na tym. Nikt oczywiście nie prowadził w tej kwestii badań, ale znane są przypadki wojowników, którzy wchłonęli setki innych i stali się żywymi legendami.
Ci, którzy zabijają na odległość, bez kanalizowania energii i to przeżywają to Kratanie, wyklęci. Każdy praworządny wojownik ma obowiązek zabić każdego Kratana, jakiego spotka na swojej drodze.
Jest jeszcze jedno zagrożenie, zwłaszcza w młodym wieku. Morphonium to metal rzadki i przez to bywa uznawany za cenny. Dlatego musicie się pilnować, bo jest wielu ludzi, którzy zabijają tylko po to, żeby zdobyć Wasz żywy metal. Nie wahajcie się bronić lub atakować z wyprzedzeniem i bądźcie zawsze gotowi do walki.
Po to tu jesteście. –
Mistrz wziął głęboki oddech.
- Rozumiem, że każdy z Was przy wejściu do sali pobrał broń. Dobrze! Teraz zaatakujcie dowolną osobę stojąca obok Was. Ostatnia osoba bez siniaka albo rozbitej wargi lub nosa dostaje wyróżnienie! Start!

***

Duren spojrzał zza monitora na dostojnych gości.
- Czy jesteśmy zgodni wobec naszej decyzji? – obaj dostojnicy kiwnęli głowami – Dobrze.
Hierarcha wcisnął kilka przycisków na panelu
- Proszę o natychmiastowe, awaryjne połączenie z sekretarzem Gildii Handlowej. Najwyższy priorytet! – z monitora wydobył się dźwięk nawiązania połączenia
- Hierarcha Duren! Nie sądziłem, że tak szybko będziemy mieli okazję rozmawiać osobiście. Przepraszam, że przekazuję jedynie głos, ale jestem w nieco prywatnych okolicznościach. Czym mogę służyć?-
- Sekretarzu Jadren, mamy problem. Chodzi o kolonię na M346-12 –
- Astoria? To poza nasza jurysdykcją. Nie mamy nic wspólnego z kolonistami na tej planecie –
- Czyli zaprzeczacie o swoim udziale w oczyszczeniu planety z Kratan i nie macie nic przeciwko naszej interwencji na tej planecie…oczywiście w imieniu Kościoła. Musimy pilnować, żeby nasze owieczki słuchały naszych Bogów –
- Drogi Hierarcho. Nie my zasiedlaliśmy te planetę, ale jest ona pod nasza opieką. Żadna Umowa nie została złamana. Koloniści z własnej woli zwrócili się o pomoc Gildii. Oczywiście oferujemy dostęp do infrastruktury, jeśli Kościół chcę założyć tam misję… -
- Jedren, przestań pieprzyć! – widać było, że Hierarcha grał jedynie złość – Wiemy o tym, że to Wasza kolonizacja i teraz macie dwie opcje. Miejsce w radzie planetarnej i pełny dostęp albo krucjata. Czekam… -
- Drogi Hierarcho, nie unośmy się. Gildia nie kolonizowała tej planety i nie może podejmować w tej kwestii decyzji. Naturalnie, jako planetę pod naszym protektoratem będziemy bronić jej mieszkańców przed agresywnymi wystąpieniami jakiegokolwiek czynnika zewnętrznego, w tym Kościoła. Czy cały Konwent jest w obecnej sytuacji zdolny do Krucjaty? Niestety nie mogę kontynuować tej fascynującej rozmowy. Przemyślcie to i proszę o kontakt. – dźwięk z monitora oznajmił zakończenie połaczenia.
- Rozłączył się? – Opat wstał– Tutaj coś śmierdzi. Nie podejmujmy pochopnie dalszych kroków bez zbadania sytuacji.
- Jakich pochopnych kroków – wrzasnął Generał – przecież to jawne wypowiedzenie wojny! Co robimy?
Duren wstał i podszedł do okna.
- Garnes, masz moją zgodę na krucjatę. Jedno zastrzeżenie. Minimalny zakres i zasięg. Walisz punktowo małymi siłami. Powiedzmy, że to taki strzał ostrzegawczy. – Hierarcha odwrócił się w stronę Opata – Klaat, chcę mieć najpóźniej jutro w południe raport ze wszystkich działań Gildii w ostatnich tygodniach. Uruchom wszystkie komputery, mózgi i szpiegów. Coś dużego się dzieje i ukryto to przed Kościołem.
Hierarcha odwrócił się z powrotem w stronę okna.

- Obym się mylił…Obym się mylił…