sobota, 31 maja 2014

„Abrahamie…weź syna Twojego i złóż go w ofierze”

Jak czytam takie newsy, to mi się mózg przegrzewa i kipię z wciekłości. Zwłaszcza, że takie rzeczy zdarzają się w kulturze, na której wielu chciałoby się wzorować. Ale do rzeczy…

W USA, a konkretnie na Florydzie, pewna kobieta otruła, a że jej nie wyszło to utopiła swoją dwuletnią córkę pod wpływem kazania, jakie usłyszała od swojego „wielebnego” w kościele. Mniejsza o wyznanie, bo w Stanach, co miasto to odłam chrześcijaństwa.

Kazanie dotyczyło rozdziału 22 Księgi Rodzaju, czyli niesławnego momentu, gdy Bóg rozkazuje Abrahamowi poświęcić swojego ukochanego syna. W sensie – zabić go w rytualnej ofierze. No i Abraham, jako wierny sługa boga, zabiera się do tego bez żadnych skrupułów. W ostatnim momencie, tuz przed poderżnięciem gardła synowi, Bóg powstrzymuje Abrahama i zawiera z nim przymierze. Nie znajduję w tej opowieści żadnego moralnego ani etycznego przesłania. Jest wręcz bestialskie i bezduszne.

Tymczasem, ta opowieść jest nadal wykorzystywana w kościołach biblijnych, jako przykład całkowitego poświęcenia się woli Boga.

I rozumiem, że setki, tysiące ludzi postrzega tę opowieść, jako metaforyczną. Jeśli potrafisz coś dobrego wyciągnąć z tak bezsensownej metafory opartej na takim okrucieństwie to brawo, ale to Twoja sprawa.

Problem jest innego typu. Mianowicie są tysiące ludzi, którzy odbiorą to, co jest zapisane w biblii, jako prawdę i nakaz postępowania. Ci ludzie albo zostali w taki sposób zindoktrynowani, albo mają problemy z odbiorem rzeczywistości. To drugorzędne. Ważne jest to, że takie historie pchają ich do czynów okrutnych i pal sześć jakby robili sobie krzywdę. Ale mordują innych ludzi!

Wróćmy, zatem do USA. Kimberly Dawn Lucas, wraca z kościoła do domu. Stwierdza, że skoro Bóg powstrzymał Abrahama przed zabiciem jego syna, to powinien także ja powstrzymać. Więc zamordowała swoją dwuletnią córkę i próbowała otruć syna…a Bóg się nie odezwał. Na komputerze morderczyni odnaleziono notkę, która jednoznacznie wskazuje, że inspiracją do tego czynu było kazanie w kościele. Kobieta próbowała popełnić samobójstwo, ale jej się nie udało i została zatrzymana.


Mam spory problem z odwróceniem głowy od zła, jakie religia powoduje. Zarówno na poziomie kultur, państw jak i na poziomie jednostek. To jest straszne, że żaden pastor, ksiądz czy kaznodzieja nie zastanowi się czy przypadkiem w tej lub innej przypowieści nie ma niczego, co jest dobre. Że klepią z książki bezrefleksyjnie. Że mają w dupie fakt, ze ich kazania mogą wyrządzać psychiczne szkody słuchającym ich dzieciom lub osobom niezbyt dobrze radzącym sobie w kontaktach z rzeczywistością. Oczywiście widzę pewną przewagę w tym temacie w lepiej zorganizowanych religiach (na przykład w kościele katolickim) gdzie kapłani są edukowani w tych zakresie i mają pewne pojęcie o wpływie treści na psychikę wiernych. W kościołach ewangelickich to niestety tak nie działa i tam byle, kto może zacząć głosić „słowo boże”.

I nie usprawiedliwiam w żadnym wypadku kapłanów. Bo oni mimo wszystko głoszą te brednie.

Mam tylko jedna refleksję. Zawsze jak jakiś nastolatek grajacy w gry komputerowe lub słuchający metalu zabije kilka osób, to winne są media i szatańskie przekazy muzyków. Jak ktoś zabije, bo zainspiruje go Biblia, to szybko na pierwszy plan wysuwa się zaburzenia psychiczne i dysfunkcje społeczne sprawcy. Dlaczego religia jest otoczona takim dziwnym immunitetem? Czy zawdzięczamy jej w dzisiejszych czasach aż tak wiele, żeby ją chronić, gdy staje się inspiracją do przestępstw?

Poruszałem już ten temat przy okazji sprawy Elliota Rodgera, gdzie fakt, iż był kształcony w męskiej szkole katolickiej całkowicie został zbagatelizowany w odniesieniu do jego mizoginizmu i nieporadności w kontaktach z rówieśnikami.

Religia nadal jest otoczona dziwną i niezrozumiałą ochroną mimo tego, że jest jednym z podstawowych dostarczycieli postaw ksenofobicznych i szowinistycznych.

Mnie to osobiście bardzo wkurza i denerwuje. W przypadku pani Lucas pociągnąłbym do odpowiedzialności moralnej pastora, który nie potrafi zrozumieć, że nie wszystkie przypowieści z Biblii są pozytywne. Powiem nawet, że większość nie jest! I skoro ci kaznodzieje są takimi znawcami biblii, wiedzą, co jest metaforą, a co jest „prawdą”, to powinni dokładać wszelkich starań, żeby nie szerzyć postaw i pomysłów, które mogą negatywnie wpływać na społeczności. Nawet, jeśli mają jedynie przypuszczenie, że w kościele jest jedna osoba, która może to wziąć dosłownie – powinni odpuszczać. W przeciwnym przypadku, jako autorytety moralne dla tych ludzi ponoszą współodpowiedzialność za ich czyny.
Nikt na mszach nie wspomina o tym, że córki Lota go zgwałciły po pijaku po zniszczeniu Sodomy i nikt nie wspomina o tysiącach ludzi, których wymordowali Izraelici, gdy szukali ziemi obiecanej. Dlaczego zatem ciągle przywołują historię Abrahama? Tego nie rozumiem…

Historia niby odległa, bo dzieje się za wielką woda, w USA, ale uważam, że należy takie historie pokazywać Polakom, bo pokazują one, w jakim kierunku może prowadzić ślepa wiara w słowa klechy.

Może ktoś zamiast wierzyć w kazania tylko, dlatego, że są oparte na Biblii, zastanowi się czy mają one w ogóle sens. I czy powinniśmy kierować się w życiu zasadami z epoki brązu…bo moim zdaniem absolutnie nie!


Amen!