niedziela, 23 listopada 2014

DYSKUSJA: Autorytety są do bani...

Spotkaliście się pewnie w dyskusjach ze stwierdzeniem „X powiedział, że Y. X jest ekspertem w (Y) i dlatego Y jest prawdą.” Na przykład – „Kowalski powiedział, że samochody potrafią latać. Kowalski jest ekspertem od motoryzacji, więc to prawda”.
To oczywiście jaskrawy przykład, ale pokazuje jak działa głupie zawierzanie autorytetom. I temu chciałbym się przyjrzeć.
W logice, ten błąd nazywa się argumentum ab auctoritate, argumentum ad verecundiam, argument z autorytetu. Jednak chciałbym spojrzeć na temat nie od strony formalnej oceny logicznej, tylko od takiej zwykłej, ludzkiej. Bo oczywiście jest to nie merytoryczny sposób argumentacji i w formalnej debacie jest błędem. Ale dlaczego nie powinniśmy tego robić także w zwykłych, codziennych dyskusjach też jest bardzo ważne.

Problem z takimi odniesieniami wynika przede wszystkim z tego, że od najmłodszych lat jesteśmy uczeni słuchania się innych, bezkrytycznego przyjmowania zdania rodziców, nauczycieli czy innych „starszych”, jako prawdy. Jest to oczywiście pozytywny mechanizm przyspieszający integrację społeczną, ale niesie za sobą ładunek ograniczający osobisty rozwój. Bo nie uczymy dzieci, że należy zwracać uwagę na to, co się mówi, nie na to, kto to mówi. Zatarcie tej różnicy powoduje, że to, co mówimy przestaje mieć znaczenie i liczy się, kto wypowiada dane słowa.
To implikuje poważne problemy. Nie żartuję. Bo prowadzi do sytuacji, gdy ktoś, kogo uznaliśmy za autorytet, może zacząć gadać niestworzone głupoty i nie będziemy w stanie tego wyłowić, bo mówiący przesłoni nam przekaz.
Zawsze powinniśmy najpierw brać pod uwagę, CO zostało powiedziane, a dopiero potem, jeśli to konieczne i potrzebne, KTO to mówi. I to powinniśmy wbić sobie do głów.

Dzięki temu zyskujemy dwie rzeczy:
Po pierwsze uczymy się oddzielać poglądy, tezy i wypowiedzi od ludzi i podczas dyskusji nie krytykujemy rozmówców tylko ich poglądy. To ważne, bo tylko dzięki temu możemy starać się uniknąć emocjonalnego zaangażowania w dyskusję. Zwłaszcza, gdy chcemy rozmawiać merytorycznie.
Po drugie – nie wpędzamy się w pułapkę podporządkowania innym wypowiedziom autorytetu. Często może to być wykorzystane przeciwko nam. Bo jeśli zacytujemy kogoś, jako autorytet i uznamy, że to, co powiedział jest wiążące, bo on jest ważną osobą, to ktoś wyciągnie coś z życia tej osobistości, jego postaw z zupełnie innego pola i obali całość naszej wypowiedzi.

Poruszamy też inną płaszczyznę tematu. Jeśli pokładamy nasze zaufanie w wypowiedziach autorytetu, to w pewnym sensie stajemy się poddani i zależni od tego autorytetu. Porażka tej osoby staje się naszą porażką, a przypadek, gdy nasz „idol” się pomyli, powoduje, że czujemy się źle, odnosimy to do siebie i często zaczynamy wątpić w to, co do tej pory uznawaliśmy za prawdę. To nigdy nie jest przyjemne. Czasem wychodzi nam na dobre, ale częściej uruchomimy jakieś nielogiczne wytłumaczenie tej pomyłki lub sprzeczności, niż podważymy całość wypowiedzi tej osoby i oderwiemy ją od jej pomysłów.
Dostrzegam dobre strony polegania na autorytetach we wczesnym stadium życia, gdy uczymy się relacji społecznych, podstawowych prawd o rzeczywistości. Tylko, że w pewnym momencie powinniśmy dostać jasny sygnał, że nie jest ważne, kto nas uczy, tylko, czego nas uczy. Tego, niestety brakuje. Zarówno w edukacji szkolnej jak i w zwykłym domowym podejściu do nauki. Ważne jest też wskazanie na potrzebę nauki krytycznego myślenia. Bezmyślna akceptacja autorytetów jest formą intelektualnego lenistwa, powiedziałbym nawet – zniewolenia. Od najmłodszych lat jesteśmy tego uczeni – nie podważaj zdania rodziców, nie dyskutuj z nauczycielem, słuchaj księdza…i w sytuacji, gdy osoby na takich pozycjach mają złe zamiary, pozbawiamy się narzędzi do obrony. Jesteśmy zdani na łaskę sztucznie wciśniętych nam autorytetów.
Bo autorytety powinny być budowane nie na podstawie tego, kim są, tyko na podstawie tego, co nam dają, co mówią. Z zastrzeżeniem, że żaden autorytet nie powinien być autorytarny i absolutny. Każdy powinien podlegać krytyce, sceptycznej analizie. Zwłaszcza, gdy wypowiada się w kwestiach, które mogą mieć wpływ na nasze postrzeganie rzeczywistości.

Konkludując – odwołanie się do autorytetu nie powinno być argumentem. Autorytety w postaci ekspertów są miałkie i łatwe do odrzucenia. Dyskutujmy o pomysłach, ideach i tezach, nie o ludziach, którzy je proponują. I uczmy się merytorycznej krytyki prezentowanych poglądów w oderwaniu od autora wypowiedzi. Bo dobre pomysły i prawda nie potrzebują poparcia nazwiska czy tytułu naukowego. Tylko słabe pomysły i głupie propozycje musza korzystać ze wzmocnień tytułów naukowych i znanych osobistości, żeby przebić się, jako pozytywne i potrzebne. Jeśli nauczymy się oddzielać te dwie rzeczy – autora od idei, twarzy od przekazu, to zyskujemy potężną broń nie tylko do dyskusji, ale też w normalnym odbiorze rzeczywistości. Nikt nam nie sprzeda niepotrzebnego gadżetu firmowanego znanym aktorem, żaden miły polityk nie wciśnie nam bełkotliwej i szkodliwej koncepcji ideologicznej. Dlatego uważam, że kwestionowanie autorytetów i nauka krytycznej, sceptycznej analizy są bardzo ważne. Bo tego można się nauczyć…tylko trzeba troszkę popracować głową i przestać być łatwowiernym, infantylnym wyznawcą. W dorosłym życiu, sceptyczne i krytyczne podejście nikomu nie zrobiło krzywdy…a wiara autorytetom robi krzywdę ludziom codziennie…
Tylko od Was zależy, czy będziecie samodzielnie myślącymi ludźmi czy też będziecie ślepo podążać za pasterzami, tylko, dlatego, że inni idą za nimi, albo, dlatego, że są znani i powszechnie lubiani…wybór zawsze należy do Was J