poniedziałek, 17 listopada 2014

DYSKUSJA: Odwołanie do wiary

Spotykamy to bardzo często. Czasem od razu, czasem, jako ostatni argument podczas rozmowy z teistami. Chodzi o tekst w stylu – „Ja w to wierzę i to wystarczy”. Dla wielu teistów to zamyka dyskusję i jest zwycięstwem. A nie powinno być, bo tak naprawdę jest porażką, jest przyznaniem się do własnej łatwowierności, braku rozsądku i podatności na niepoparte żadnymi dowodami bzdury.
Co jednak zrobić w takim przypadku? Bo często ateiści lub sceptycy w obliczu takiego tekstu, po prostu odkładają dyskusję, zakładają, że nic więcej nie da się uzyskać.
Nic dalszego od prawdy i postaram się to udowodnić.

Na początek uwaga. Zainspirował mnie do napisania tego tekstu film Matta Dillahunty w tym temacie (wkleję go na koniec postu). Nie robię transkrypcji tego filmu, uważam jednak, że warto jego treść przekazać dalej, zwłaszcza, że film jest dostępny jedynie po angielsku.
W języku angielskim funkcjonują dwa słowa, które są w po części synonimami, a po części znaczą coś innego. Chodzi o słowa „faith” i „belief”. W tłumaczeniu na polski, oba oznaczają „wiara, wierzenie”. Z zastrzeżeniem, że drugie z nich, „belief” oznacza też przekonanie i w tym znaczeniu będę się nim posługiwał. Dlatego też nie możemy jednoznacznie przełożyć zaprezentowanych w filmie założeń do dyskusji jeden do jednego, właśnie ze względu na różnice językowe

Słyszymy od teisty – „Ja w to wierzę i to jest wystarczające”. Co powinniśmy zrobić takiej sytuacji?
Przede wszystkim zapytać, czym jest użyta w tym zdaniu „wiara”. Czy mamy do czynienia z osobistym przekonaniem, czy też ze ślepa akceptacją jakiejś tezy? I najlepiej takie pytanie zadać nie w formie otwartej, tylko dać opcję lub sformułować pytanie z odpowiedziami „tak/nie”. Na przykład, „Czyli mówisz, że jesteś silnie przekonany o prawdziwości tego twierdzenia?”.  To bardzo ważne i należy zdawać pytania, drążyć. Bo pozostawienie tej sprawy, mimo, że dla nas będzie porażką osoby wierzącej w rzeczowej dyskusji, dla nich jest wygraną.
Jeżeli uda nam się ustalić, że mówią o swoich przekonaniach, to powinniśmy zapytać o podstawy tych przekonań. Przeważnie odpowiedzią będzie stwierdzenie, że podstawą tych przekonań jest wiara. Oczywiście rozmówca może od razu skoczyć do wiary sensu stricte. Wtedy nie musimy dopytywać o podstawy przekonań. Za to, w stylu sokratejskim (Styl, w którym prowadzimy rozmówcę do przyznania błędów jego rozumowaniu. Nie wytykamy mu błędów, tylko pytaniami prowadzimy go do samodzielnego stwierdzenia, że popełnia błąd.), pytamy o podstawy wiary. Wtedy zaczyna się zabawa. Zwłaszcza, jeśli odpowiedzią będzie – „Podstawą mojej wiary są dowody”.
Otóż, jeśli podstawą przekonań jest wiara, a podstawą wiary dowody, to wiara jest zbędna! Jest niepotrzebnym pośrednikiem miedzy dowodami, a przekonaniami. Nie różni się ten ciąg myślowy, zatem, od myślenia sceptyka czy ateisty. Możemy wyciąć całkowicie wiarę z tego ciągu i nadal pozostaje on ważny i racjonalny. Jest tylko jeden haczyk. Pojęcie „dowodów”. I dobrze jest ustalić wcześniej, czym są dowody, żeby nie dać się teraz złapać w argumenty zamiast skupić się na dowodach. Bo jak wiemy, żaden logiczny argument, nie ważne czy będzie poprawny i udany, nie ma siły powołującej cokolwiek do istnienia.
Ani osobiste doświadczenia, przekonania, objawienia czy świadectwa nie mają siły dowodów dla nikogo poza tymi, którzy je przeżywają. I tego się trzymajmy. Jeśli coś po odjęciu z tego osobistego doświadczenia czy przeżycia nie zostaje niczym więcej jak opowiastka dziadka przy kominku – nie jest dowodem. Ustalmy, zatem od razu, najlepiej na wczesnym etapie dyskusji, czym dla nas są dowody i im bliżej będą one empirycznych, namacalnych i sprawdzalnych faktów tym lepiej dla nas, gdy teista rzuci w nas swoją ostateczną bronią.
Jeżeli, zatem, teista w swoich wyjaśnieniach na temat źródła wiary dojdzie do dowodów – wracamy do walki, mamy znowu otwartą dyskusję. Nie oddajemy pola, wciągamy rozmówce z powrotem w debatę.
Oczywiście nie zmuszamy nikogo do takiej dyskusji, nie robimy tego w sposób agresywny. Chodzi jedynie o to, żeby nie dać się złapać na ten „argument ostateczny”. Bo nim nie jest. I wytrącamy z głowy teisty poczucie, że wygłaszając ten tekst wygrał. Zasiewamy wątpliwość. Powodujemy, że sam wierzący zaczyna się zastanawiać nad swoimi przekonaniami.
Znaczy – w wersji, gdy rozmawiamy z kimś, kto jest ciekawy, chce rozmawiać i umie myśleć, mimo pewnego zblokowania przez poczucie, że wiara jest odpowiedzią na nurtujące go pytania.
I prośba – nie używajcie nigdy w rozmowach scenariuszy, gotowych zwrotów i argumentów. To błąd, bo w przypadku, gdy ktokolwiek w dyskusji wejdzie w obszar, którego nie opisaliście i nie przygotowaliście – polegniecie. Musicie poznać argumentację przeciwnika, żeby wyczuć czy on nie korzysta ze scenariusza…wtedy, jeśli wy z niego nie korzystacie – możecie łatwo skoczyć w bok i wybić przeciwnika z rytmu. Dlatego ważne jest by znać swojego oponenta, jego argumentacje i samemu nie blokować się gotowymi rozwiązaniami. Mechanizmy i założenia wystarczą.
Zapraszam do obejrzenia filmu i komentowania. Jak widzicie wróciłem do żywych po weekendzie z gilem i jestem gotowy do ponownego podjęcia walki.

 [Oczywiście po południu, bo jednak praca, praca, praca…]

*

Miłego dnia!