poniedziałek, 23 czerwca 2014

Immunitet ekstremizmu

Jestem aktualnie w trakcie lektury książki Sama Harrisa „Koniec Wiary”. Poza tym, że ją szczerze i naprawdę gorąco polecam, to już pierwsze strony wywarły na mnie piorunujące wrażenie. I zacząłem o niektórych sprawach związanych z religią i wiarą myśleć inaczej.

W tym krótkim tekście pozwolę sobie przekazać kwintesencję tego, jak Sam zakotłował mi w głowie. Nie będę cytował książki, bo nie o to chodzi. Napiszę Wam po prostu, jaka jest teza Harrisa i jak to wpłynęło na moje myślenie o zjawiskach związanych z dogmatyzmem, wiara i religia.

Harris w swojej książce wyprowadza następującą tezę.

Ludzie umiarkowanie religijni są umiarkowani, dlatego, że nie zaakceptowali lub nie uwierzyli w całość dogmatów i nie stosują się do wszystkich zaleceń swoich religii. 

Drugą stroną tej tezy jest fakt, że przez postawę umiarkowaną blokowane jest rozprawienie się z ekstremalnymi, czyli pełnymi i prawdziwymi formami ich religii.

Może wydaje się to nieco enigmatyczne, ale wyjaśnię jak ja na to spojrzałem i dlaczego dla mnie to było jak cios obuchem.

Musimy najpierw spojrzeć na religię w punkcie wyjścia. Czyli jako kompletny zbiór reguł, zasad i dogmatów. Jeśli jako przykładem posłużymy się katolicyzmem to mamy dość pokaźny zestaw założeń i warunków, jakie osoba chcąca mianować się katolikiem powinna spełnić. Od dekalogu i przykazań kościelnych zaczynając, poprzez katechizm kościoła i biblię, aż do dogmatów chrześcijaństwa rzymskiego. Zatem jeśli ktoś mówi o sobie „katolik”, to wedle wszelkich prawideł powinien wszystkie wytyczne tej religii spełniać w stu procentach. Jeśli nie akceptuje lub nie spełnia jakiegoś z wymogów, to nie powinien zostać zaakceptowany, jako członek wspólnoty.


I w katolicyzmie do pewnego momentu tak było. Wszyscy odstępcy od kanonu byli uznawani za heretyków i często brutalnie wycinano ich z egzystencji. Kościół katolicki popełnił jednak jeden błąd. Hierarchowie myśląc, że uda im się nad tym zapanować, postanowili za inkorporować coś, co ostatecznie przyczyni się do zniszczenia tej religii. Mianowicie przyjęli, jako akceptowalne osiągnięcia nauki. I to był poważny błąd. Od tego momentu musieli zacząć dopuszczać odstępstwa od doktryn żeby utrzymać się na powierzchni, jeśli chodzi o struktury i ilość wiernych. Oczywiście poradzili sobie z tym dość dobrze poprzez wprowadzenie sakramentu spowiedzi, odpusty i inne mechanizmy, które pozwalały wiernym jawnie łamać zasady religijne. Jednak je łamali. I to spowodowało, że kościół stanowił doktryny i kanon, a wierni przyjmowali je do wiadomości, ale w nie nie wierzyli i nie musieli przestrzegać. Zawsze mogli się wyspowiadać lub wykupić odpust. To już jakiś czas temu zostało dostrzeżone w kościele, jako rzecz potencjalnie prowadząca do rozkładu wspólnoty, ale kaska płynęła, liczba wiernych rosła, więc nikt się tym nie przejmował.
Ciekawym zjawiskiem w tym kontekście jest Islam, który skutecznie nie dość, że wypiera postęp (przynajmniej w sferach obyczajowych i społecznych) jednocześnie cały czas powiększając swoją wspólnotę. Pewnie kościół katolicki z zazdrością patrzy na muzułmanów, którzy ustrzegli się błędu akceptacji nauki w sferach, które maja bezpośredni wpływ na ich dogmaty i doktryny.

Można z tego przykładu wysnuć jeden wniosek, który bezpośrednio powiążę z drugą częścią tezy Harrisa. Otóż każda osoba, która nazywa siebie wyznawca jakiejkolwiek religii powinna spojrzeć na swoje wyznanie i powiedzieć otwarcie – „ Nie jestem katolikiem, bo nie wierzę w …”. Jednak nikt tego nie robi z dwóch powodów.

Wierchuszka kapłańska do tego nie zachęca i nie będzie zachęcać, bo straciłaby większość swoich wyznawców.
Obecność „niepełnych”, ale oddanych członków jest parasolem ochronnym każdej religii. 

Już to tłumaczę.

Możemy bez żadnych wątpliwości przyznać, że osoba w stu procentach wyznająca jakąś religię będzie radykałem w dzisiejszych realiach. Chrześcijańscy i muzułmańscy ekstremiści uważają siebie za osoby głęboko wierzące i wypełniające wolę swojego boga. I jest w tym ohydnie dużo prawdy. Religijni fanatycy dosłownie wypełniają dogmaty i przykazania swoich bogów. Są apoteozą religijności. Wszystko, co robią ma swoje uzasadnienie w świętych tekstach. Jedyną barierą, jaka stoi na przeszkodzie do rozprawienia się z tymi objawami ekstremalnej wiary są właśnie „niepełni”, umiarkowanie religijni. To oni są główną przyczyną zbudowania wokół wiary i religii bastionu świętości. To oni bronią tych religii przed naukową analiza, otwartą dyskusją i ewentualną penalizacją złych wzorców. Żaden ekstremista nie bierze udziału w debatach żeby uzasadnić potrzebę istnienia danej religii. Robią to „umiarkowani”. Z jednej strony chcą udowadniać swoje racje, ale z drugiej strony odmawiają ludziom spoza religijnego otoczenia na pełną analizę ich doktryn, zachowań i mechanizmów. Wyłączają religię do odrębnego, świętego magisterium. I co najważniejsze – nie powalają zadziałać logice, która podpowiada, że nikt nie rodzi się fanatykiem czy ekstremistą podpalającym kliniki aborcyjne czy wysadzającym restauracje w powietrze. To wszystko się zawsze zaczyna od takiej miękkiej wiary, umiarkowanej religii. Zawsze w miarę pogłębiania się wiary dochodzi do pewnej izolacji od rzeczywistości, która jest pierwszym krokiem do przyjęcia odmiennego, często ekstremalnie wrogiego wobec innych, sposobu patrzenia na świat.
Dlatego umiarkowani wierni są fasadą chroniąca ekstremizmy. Mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że umiarkowany muzułmanin jest współwinny islamskiemu terroryzmowi, a miękki chrześcijanin ponosi część winy za zabójstwa lekarzy dokonujących aborcji czy mordowanie muzułmanów w Afryce. Bo dają ludzką twarz i immunitet temu, co ich wiara uznaje za ideał i wzór. Nie wspominając już o zwykłej hipokryzji takiej postawy.

Możecie patrzeć na to inaczej. Mnie to przekonuje. Zapewne nie zmieni to diametralnie mojej postawy wobec religii i wiary. Pewnie sporo osób się ze mną nie zgodzi i wejdzie w dyskusję. Nie ma problemu.

Chce tylko powiedzieć jedną rzecz, do osób wierzących, które zaatakują mnie za taką postawę. Zanim wejdziecie w dyskusję sprawdźcie dokładnie czy w imieniu Waszej wiary ktoś nie morduje ludzi albo nie robi krzywdy niewinnym. Czy ktoś nie uzasadnia słowami, które uważacie za prawdę i drogę, czynów, które w każdej innej sytuacji byłyby uznane za naganne, obrzydliwe i zbrodnicze. Jeśli macie chociażby podejrzenie, że tak może być – odpuście dyskusję, bo właśnie przez takie osoby jak Wy nie można w pełni i na poziomie rozmowy o prawach człowieka i humanitaryzmie rozwiązać tych problemów. Bo zawsze wciśniecie gdzieś między wiersze swojego Boga i zaczniecie domagać się szacunku dla wiary i religii. Od razu mówię..srał Was pies…

Amen…


PS.

W tym tygodniu uczestniczę w nienormalnych dla mnie porach (9:00 – 17:00) w szkoleniu z mojego miejsca pracy. Zatem wpisy mogą pojawiać się później. W środę wpisu nie będzie, na 100%, bo prosto ze szkolenia jadę na koncert, więc mam cały dzień odcięcia od kompa J
Na pewno podzielę się fotkami i wrażeniami z koncertu
J